facebook

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Urna czyli śmierć wyborczego systemu

16 września udało mi się dopełnić obywatelskiego obowiązku. Nie dość, że zagłosowałam w wyborach na prezydenta i do rady miasta Bytomia (czym zawstydziłam 80% bytomian, którzy tego nie zrobili) to jeszcze byłam członkinią komisji. Do swojego obowiązku podeszłam bardzo poważnie, bacząc na szkolenia i obostrzenia, skrupulatnie przestrzegając regulaminu. Co jednak robić, gdy całe wybory pełne są absurdów?

KK @ 24.09.2012

Nie chcę pisać o polityce. Nie chcę oceniać, który kandydat zasłużenie dostał mandat i czy wygrana Bartyli/Biedy coś zmieni. Chciałabym powiedzieć o czymś innym, a w zasadzie podzielić się swoim skonfundowaniem.

REKLAMA Wirtualizacja IT z SANSEC Poland!

Głosujący

Z prawem wyborczym jest trochę jak z dokładką na obiedzie u babci – niby można z niej nie
skorzystać, bo się nie chce, ale wiadomo, że trzeba. W trakcie referendum, które zadecydowało
o odwołaniu prezydenta Koja i rady miasta, frekwencja sięgnęła 21%. Gdy przyszło do wyborów
nowego prezydenta i nowej rady – w różnych okręgach wahała się koło 27,90%. Jak na sytuację, kiedy bytomianie uznali, że prezydent i rada nie nadaje się do rządzenia - frekwencja jest przerażająco niska. Nie chcę się zastanawiać, czy to typowa, polska cecha – krzyczeć veto, gdy nie ma się pomysłów na alternatywę.

GALERIA Podziemny dworzec autobusowy w Katowicach [Galeria zdjęć]

Zasmuciło mnie, że wśród głosujących zabrakło młodych. Pisząc młodych – mam na myśli – 18-30 lat. Oczywiście, zdarzały się chlubne wyjątki, ale jak można mieć pretensje, że politycy nie zajmują się problemami dotyczącymi osób młodych, gdy ci ostatni uciekają od podjęcia decyzji? Gdy nie wskazują, kto ma ich reprezentować i nie sprawdzają później polityków z obietnic (mało kto wie, że do radnego można iść na dyżur, napisać pismo i generalnie się z nim kontaktować; jeszcze mniej osób wie, że radni nie gryzą; ci którzy domagają się czegoś od swoich radnych są ponoć miejską legendą).

Głosujący przychodzili falami, które wyznaczały msze w pobliskich kościołach. Ruch nastąpił też w porze poobiedniej, jednak o losach Bytomia decydowały osoby dojrzałe i starsze. Nic dziwnego że siedemdziesięciolatkom nie leży na sercu kwestia festiwali, imprez pod gołym niebem, boisk loftów. Poza zaginionymi, którzy wetowali przeciwko prezydentowi i później się rozmyli w powietrzu i kolejnym, podejrzanym punktem w postaci osób młodych, olewających przyszłość swojego miasta, jest mała ilość głosujących kobiet. Głównie głosują mężczyźni i pomimo akcji społecznej „Kobiety mają głos”, nic się nie zmieniło. A rozgoryczonych małą ilością żłobków jest wiele. Te trzy punkty, tworzące Trójkąt Bermudzki wyborów daje wiele do myślenia.

Przeczytaj także: Wyborcze absurdy

Komisja

Komisja niby z tych gruntownie przeszkolonych. Miasto oferuje szkolenie i trzy spotkania przed
wyborami, aby wcześniej przygotować strategię. Jednak gdyby nie weterani komisji, komisujący
już od lat, i pracownik samorządowy, konieczny w każdej komisji – byłoby ciężko. Mała książeczka z zasadami i 1,5 godzinne szkolenie jednak nie wystarcza. Komisja musi zmierzyć się z wieloma absurdami, pamiętając o wielu casusach. W składzie 7-5 osobowym jest jak tajna jednostka, która jednym, złym ruchem może unieważnić wybory. Np. wyjściem do toalety, bo gdy na sali z urną pozostaną 2 osoby, głosujący może stwierdzić, że wybory zostały wstrzymane i zaskarżyć. Komisję, miasto itd. Komisja może przekreślić wybory zbyt późnym otwarciem lokalu (w czerwcu jeden ze szlachetnych bytomian zgłosił policji, że lokal wyborczy jest nieczynny – była 8.01). Procedura działania teoretycznie nie jest skomplikowana, jednak po 10 godzinnym dyżurze można popełnić masę błędów. Ktoś może nie podpisać się na plombach, zaklejających urnę. Ktoś może wpuścić dziennikarzy na salę i odpowiedzieć im na dwa pytania. Ktoś może nie wywiesić w widocznym miejscu jednego z plakatów, informującego np. o kandydatach, startujących w obwodzie. A gdy komisji towarzyszy jeszcze Mąż Zaufania, podesłany przez jakąś partię, którego zadaniem jest kontrolowanie komisji i patrzenie jej przez ramię – to już koniec. Komisja to też ludzie. Mogą się pomylić. Mogą nie pracować sprawnie po całym dniu spędzonym w okręgu. Mogą być zmęczeni pieczętowanie 4-6 tysięcy kart, po których zrobiły im się odciski, może im się chcieć kawy i herbaty (a jednostka, gdzie odbywają się wybory może odmówić pożyczenia szklanek) i znudzeni liczeniem tysięcy kart w kółko.

Przeczytaj także: Zabijmy Silesię, liczą się Katowice!

Ale organizatorzy nie przewidzieli miejsca na błędy, za to rozwinęli mechanizm sprawdzania i karania (nie wyjdziecie, dopóki liczba kart nie będzie się zgadzać). W mieście chodzą plotki o komisji, która opuściła obwodową komisję wyborczą dopiero o 17.00. Następnego dnia. Bo głosy się nie zgadzały.

Procedura liczenia głosów i głosowania

Przeczytaj także: Bytom to nie Żoliborz! Po co nam rondo Kaczyńskiego?

Tu już sięgamy jądra ciemności i doświadczamy absurdu w czystej formie. Wydawana jest ilość
kart większa, niż liczba osób w okręgu. Tak na wszelki wypadek. Wszystkie muszą być w godzinę, przed otwarcie lokalu, opieczętowane przez komisję. Jeśli ktoś ma w komisji panią z poczty, to jest uratowany. Reszta pozna krew, pot, łzy, odciski od pieczęci i zdarte skóry z palców. Naprawdę. Karty trzeba przeliczyć, mieć stałą kontrolę, ile kart jest w sali, gdzie odbywają się wybory, ile jest niewydanych. Ciągłe liczenie. Później, już po 22:00 – otwieramy urnę. I okazuje się, że cały trud komisji na nic, bo wcale nie tak mało osób nie jest w stanie poprawnie oddać głosu – ich głosy są unieważnione. Pomimo informacji przy stanowiskach do głosowania, stawiają więcej niż jeden krzyżyk, rysują gwiazdki, serduszka, stawiają krzyżyki wszędzie, ale nie w kratkach. Niby każdy przedszkolak potrafi narysować wskazany kształt we wskazanym miejscu, a nawet narysować szlaczek, ale nie dotyczy to wcale nie tak małej grupy wyborców. Później, gdy komisji uda się szczęśliwie doliczyć głosy, ilość wydanych, nieważnych i niewydanych kart się zgadza (co graniczy niemalże z cudem, po 15 godzinach pracy, szczególnie, że wyborcy lubią zabierać sobie karty do domu, „na pamiątkę”), karty trzeba zapakować. Te nieważne są niszczone, ważne z czasem też.

I tu pytanie: po co zatrudniać tylu członków komisji, tyle wydawać na karty, które są jednorazowe, zamiast zainwestować w system elektroniczny? Tablety, dotykowe ekrany, cokolwiek? Efekt bardziej zadawalający i mniej męczący. Przecież i tak każdy raport musi być wprowadzony przez operatora w system i wysłany do bazy. Później ten sam raport jest zawożony do komisji wyborczej, w nocy. Jakby cokolwiek mogło się zmienić w tym raporcie po drodze. Oczywiście, wykluczając napad rabusiów-anarchistów, zmieniający jedynki w raporcie np. w siódemki. Przecież i tak nikt nie sprawdza ilości niewydanych kart, a wybory można sfałszować na mnóstwo (i przypadkowo również) sposobów.

GALERIA Bytom to miasto, które dotknęło dna i właśnie się od niego odbiło

Boję się II tury. Staruszek, nieważnych głosów. Pieczęć śni mi się po nocach. Myśl o liczeniu głosów wytrąca z równowagi. Obiecuję, że w następnych wyborach zagłosuję na każdego, kto zdeklaruje, że dokona zmian w systemie wyborczym.