facebook

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Ucieczka z obozu zagłady

Ucieczka z obozu zagłady

Aniela Telega, gdy trafiła do obozu w Auschwitz miała 16 lat, gdy uciekała 17. Przeczytajcie wywiad z mieszkanką Izdebek, która przeżyła piekło na Ziemi i po 72 latach zgodziła się przywołać tragiczne wspomnienia.

Katarzyna Kałamucka @ 30.05.2013

- Pani Anielo, od tragicznych wydarzeń z 1941 roku, minął spory kawałek czasu. Czy wtedy, mając 16 lat, spodziewała się Pani, że doczeka prawnuków?
- A gdzie tam, każdego dnia modliłam się, aby przeżyć następny. Ta niepewność była straszna.

REKLAMA Bezpieczne pozycjonowanie stron w wyszukiwarkach!

- Co działo się wtedy z nadzieją ? Umarła, czy była równie silna jak Pani?
- Gdyby nie nadzieja, pewnie bym się poddała. W tamtych warunkach nie chciało się żyć. Bywały tak silne momenty załamania, że miałam ochotę obrazić któregoś z niemieckich żołnierzy. Wtedy rozstrzelaliby mnie i cierpienie by ustało. Miałam jednak ośmioro młodszego rodzeństwa i bardzo zależało mi, żeby jeszcze ich zobaczyć. To nie był mój czas na śmierć.

- Jak znalazła się Pani w Auschwitz?
- To była zima 1941 roku, popołudnie. Pamiętam jak dziś, że pracowałam wtedy u zamożnej rodziny jako służba. Akurat zrobiłam wszystko co do mnie należało, kiedy nagle do domu szybkim krokiem wtargnęli hitlerowcy. Urządzili „łapankę” we wsi, w której mieszkałam, zresztą w sąsiednich też. Wszystko działo się błyskawicznie. Pamiętam hałas, krzyk, pisk dzieci. Niektórzy zdołali uciec, mnie się nie udało. Kazali mi się ubrać, bo były wtedy wielkie mrozy. Założyłam na siebie kilka sukienek na raz i to, co było pod ręką. Po kilku sekundach jechałam już w ciężarówce. Mówili, że zabierają nas do pracy.

GALERIA Roztańczeni wolontariusze w Bodrum

- Ma Pani świetną pamięć jak na 88-latkę. Kondycja również Pani nie zawodzi?
-Dziecko, przez rok traktowano mnie jak maszynę. Nie ma się co dziwić, że w tej chwili już nic nie jest dla mnie ciężkie czy straszne. Dopiero teraz mogę przenosić góry.

- Proszę opowiedzieć jak udało się Pani wytrzymać rok w Oświęcimiu. Na zdjęciach widać, że była Pani bardzo szczupłą, drobną kobietką.
- Długo było tragicznie. Nosiłam ciężkie, drewniane podkłady pod tory. Odrobinę lepszy czas nadszedł, kiedy przeniesiono mnie do ogrodów warzywnych. Dziwnie to zabrzmi, ale wiele zawdzięczam sporemu rozmiarowi swojego biustu. Dla przetrwania chowałam pomidory i ogórki pod bieliznę. Kiedy mnie przeszukiwano, warzywa nie były wyczuwalne. Trzeba było sobie jakoś radzić.

GALERIA Dziadek z Wehrmachtu nie był zdrajcą Polski. To prosty fakt historyczny

- To naprawdę odważne posunięcia. Bała się Pani wtedy?
- Odczuwałam lekki strach, ale on był niczym w porównaniu z głodem. O samej zupie z karpiela nie dało się chodzić, nie mówiąc o sile do ciężkiej pracy. Bez ryzyka zmarłabym z wycieńczenia. Zdesperowany człowiek jest w stanie zrobić rzeczy, których normalnie by się po sobie nie spodziewał.

- Jak w tamtejszym obozie wyglądały relacje między ludźmi?
- Bardzo różnie. Niektórzy zabijali się o kromkę czarnego chleba, inni się wspierali. Strażnicy w większości byli bezwzględni. Tacy ludzie bez uczuć. Nie będę jednak generalizować, bo jeden z nich
poniekąd uratował mi życie.

Przeczytaj także: Daisy von Pless – śląska Sisi

- Co takiego zrobił?
- Pracowałam boso na ostrym lodzie, ponieważ buty całkowicie mi się zniszczyły. Stopy miałam tak poranione, że zostawiałam za sobą ślady krwi. Owijałam je czasem kawałkami szmatek, żeby nie odmrozić ich całkowicie i żeby się nie wykrwawić. Pewnego dnia z wieży obserwacyjnej, obok mnie spadły buty – drewniaki. Podeszłam do nich ostrożnie i popatrzyłam w górę. Stał tam strażnik. Bałam się, że to prowokacja. Wiem, że bywały podobne sytuacje. Mimo tego podniosłam je szybko i kiwnęłam głową w podzięce. Nie zapomnę tego gestu do końca życia.

- Coraz bardziej nasiąkam podziwem. Co było przełomowym momentem decyzji o ucieczce i jak ona wyglądała?
- Po roku upokorzeń i męki trafiła się jedna okazja. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, zaprowadzili nas do kościoła, poza mury Auschwitz. To była taka sytuacja decydująca o moim dalszym losie. Pomyślałam „Teraz albo nigdy”, przeżegnałam się i z dwiema koleżankami wyszłam bocznymi drzwiami kościoła. No i udało się. Mieszkałam wtedy w Bieszczadach, to prawie 400 km. do pokonania, ale nie myślałam o tym. Z Krakowa udało mi się przejechać trochę pociągiem, z którego później wyskoczyłam tuż przed kontrolą dokumentów w Iwoniczu. Resztę przeszłam pieszo, nocami, przez lasy. Pukałam do drzwi obcych ludzi i prosiłam o jedzenie, o gorącą herbatę. Noc w stodole na sianie była wtedy dla mnie spełnieniem marzeń.

Przeczytaj także: Turyści z zagranicy mają przyjechać do Muzeum Historii Katowic dopiero za cztery lata

- Wszyscy ludzie jakich napotkała Pani po drodze do domu okazali się pomocni?
- Tak, pomagali jak tylko potrafili. Najbardziej pamiętam jedną rodzinę, mieszkała przed jednym z pasów granicznych. Otworzyła mi kobieta, zaproponowała nawet ogrzanie się. Zrobiła to bardzo po cichu. Okazało się, że niemieccy żołnierze konni, którzy pilnowali tamtej granicy, wprosili się na kolację. Siedziała z nimi córka gospodyni, zajmowała ich, żeby nie weszli do pokoju. 3 godziny leżałam pod łóżkiem. Później przekroczyłam granicę, a syn gospodyni zamiótł za mną ślady.

- Z pewnością musiała być Pani wdzięczna osobom, które ułatwiły przeżycie tego trudnego czasu powrotu…
- Nawet nie znam słów, które wyraziłyby wdzięczność, jaką chciałam okazać wszystkim pomocnym. Tej rodzinie spod granicy, ofiarowałam piękną i drogą w tamtych czasach suknię z żorżety. Po prostu zdjęłam ją z siebie. Nie miałam nic cenniejszego.

Przeczytaj także: Wolontariuszki Bona Fides monitorują Szlak Zabytków Techniki. Na początek Nikiszowiec

- Ma Pani ogromne serce. Kiedy w końcu dotarła Pani do domu?
- Około 6 stycznia. Byłam już tak chuda i tak wycieńczona, że skóra powlekała kości. 10 metrów przed domem upadłam i leżałam przez długi czas. Musiałam zebrać siły na następnych kilka kroków. W końcu zobaczyłam rodzinę.

- Jaka była reakcja bliskich na Pani widok?
- Początkowo mnie nie poznali. Myśleli, że jestem jakąś żebraczką. Dopiero jak zdjęłam z głowy chustę, radość była ogromna… pomieszana z niedowierzaniem, ze wzruszeniem.

Przeczytaj także: Co dalej z Domem Powstańca? Piotr Spyra: lepiej zrujnować niż sprzedać

- Po tym wszystkim zaznała Pani w końcu świętego spokoju?
- Nie, jeszcze długo nie. Ze strachu, że po mnie wrócą, ukrywałam się kilometr od domu u znajomych. Do wartownika wiejskiego ciągle przysyłali listy z pytaniami o mnie. W międzyczasie zmarła moja mama, ojciec zarabiał na dom, więc ja opiekowałam się rodzeństwem. Esesmani znaleźli mnie po roku. Mieli jakieś niezgodności w papierach, czemu wcale się nie dziwiłam, bo przy schwytaniu specjalnie podałam imię „Daniela”, zamiast „Aniela”. Nie wiedzieli co zrobić. Jeden z Niemców wyciągnął broń i na oczach dzieci przystawił mi ją do głowy. Rodzeństwo chwyciło się moich nóg i zaczęło głośno płakać. Drugi Niemiec swoją ręką złapał za pistolet pierwszego i opuścił w dół. Wtedy odeszli już na zawsze.

- Aż trudno w to wszystko uwierzyć. Jest Pani jedną z nielicznych osób, której udało się dokonać takiego wyczynu, jakim jest ucieczka z obozu zagłady. Pewnie nie może się Pani opędzić od propozycji dziennikarzy?
- Teraz już rzadko, wcześniej za to bardzo często. Pojawiali się z telewizji i z radia, ale nie chciałam o tym rozmawiać. Nikt nie miał takiego przywileju, jak Pani.

Przeczytaj także: Historia Śląska po '39: Bez bagnecików i narodowych bohaterów na cokołach. Kto chce nas oszukać?

- Cieszę się bardzo tym wyróżnieniem i dziękuję, że zechciała Pani dla mnie jeszcze raz wrócić do przeszłości.
- Dziękuję.

(Zdjęcie: Giulio Menna)

Przeczytaj także: Walcownia w Szopienicach wciąż bez nadziei na remont