facebook

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Jak górnik strzałowy spotkał Dalajlamę, Marek doszedł na koniec świata a Mateusz otarł się o śmierć. Podróżnicy ze Śląska

Jak górnik strzałowy spotkał Dalajlamę, Marek doszedł na koniec świata a Mateusz otarł się o śmierć. Podróżnicy ze Śląska

Podróż w sensie dosłownym, to pokonywanie odległości. W sensie mentalnym o jakim pisze Herbert w swoim wierszu Podróż, to poznawanie obcych kultur. Poznawanie innych cywilizacji to droga do samopoznania. To próba dotarcia do samego siebie.

Katarzyna Jonkowska @ 14.02.2013

„Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem...”

REKLAMA Bezpieczne pozycjonowanie stron w wyszukiwarkach!

Marek Chorąży, Mieczysław „Hajer” Bieniek i Mateusz Widuch. Ludzie, których pasją stała się podróż. Wieczna wyprawa i nauka świata. Podejrzewam, ba, wiem, że takich jak oni jest wielu, ale żeby było ich więcej, wspólnie z nimi pokażę, że podróżować warto i choć nie zawsze jest łatwo, to każdy z nas może w wymarzoną podróż się wybrać.

KONIEC POCZĄTKIEM


Każdy z moich rozmówców zetknął się z jakimś końcem. Marek przebył pieszo 4 000 kilometrów Mieczysław BieniekKiedy po pięciu dniach zadzwoniłem do żony już z zatłoczonej ulicy Delhi, ta wyzwała mnie od najgorszych i prosząc bym przestał pić, kazała wracać do domuby dotrzeć na Cabo Finisterre, najbardziej wysunięty na zachód punkt Europy, znany jako koniec świata.

Przeczytaj także: O pomocy drogowej i autostradzie, która nie istnieje

Kiedy postanowił się wybrać w to magiczne miejsce odwiedzane przez wielu w celu odnalezienia siebie postanowił, że zrobi to za jak najmniejszą ilość pieniędzy. - Pytanie brzmiało, czy da się dotrzeć do Hiszpanii bez pieniędzy? Da się. - przekonuje Marek.

CABO FINISTERRE Z BUTA


Wraz ze swoim przyjacielem Mariuszem Kujawińskim, zwanym Marianem, wyruszyli do Hiszpanii w kwietniu 2009 roku... pieszo. Wyruszyli z Katowic, przeszli przez Czechy, Austrię, Niemcy, Lihtenstein, Szwajcarię, Włochy, Monako, Francję aż dotarli do celu u wybrzeży Hiszpanii. Mariusz i Marian swoją trasę, czyli 4 000 km pokonali w 5 miesięcy i 22 dni. W tak długiej podróży nie obyło się bez przygód i zdartych butów. - Marian zajechał swoje już w połowie drogi, ale szybko kupiliśmy nową parę za pieniądze, które zarobiliśmy, zatrudniając się przy remoncie domu jednego z napotkanych po drodze ludzi – wspomina Marek.

Przeczytaj także: Moda na turystykę kulinarną

Kiedy nie mieli pieniędzy często zarabiali je zatrudniając się u przypadkowo napotkanych ludzi. Za czyszczenie luksusowego jachtu zarobili w dwa dni 300 euro, za które pojechali na Korsykę. - Wtedy zboczyliśmy z trasy, ale nie mogliśmy oprzeć się jej urokowi. Zarobiliśmy pieniądze i ruszyliśmy na wyspę, na której chcieliśmy odpocząć od naszej pieszej wędrówki – tłumaczy Marek.

#Mietek często zaprzyjaźnia się mieszkańcami
Na wyspie nie tylko odpoczęli, ale przekonali się czym jest prawdziwa przyjaźń, kiedy o mały włos nie stracili życia. - Pewnej nocy, dla odmiany, znudzeni ciągłymi noclegami na plaży, postanowiliśmy przenocować na pobliskiej górze. - wspomina Marek. - Rano obudziłem się trochę wcześniej niż Marian. Postanowiłem, że musimy zejść na dół, nie mieliśmy ze sobą wody, a w gardle zaschło. Marian zaspany odwrócił się na bok, więc stwierdziłem, że ruszam sam, a z przyjacielem spotkam się na dole. Niestety po drodze okazało się, że droga powrotna, którą wybrałem jest całkowicie nie do przejścia. Słońce było coraz wyżej. Temperatura zaczynała robić się nieznośna. Ostatkiem sił dotarłem na plażę. Uratowany, pomyślałem, ale co z Marianem? Wtedy poczułem się bezsilny. Głos całkowicie zdarty wołaniem o pomoc. Już całkowicie zrezygnowany, dotarłem do brzegu, a tam czekała na mnie grupa wojskowych zaalarmowanych przez tubylców naszym zniknięciem. Ruszyła grupa żandarmów po Mariana i tak Mieczysław BieniekSzybko straciłem wszystkie pieniądze, spałem na dworcach byłem bliski załamania i kiedy już nie wytrzymałem i rozpłakałem się na jednej ze stacji. Zaczepiła mnie polska alpinistka, Ania Czerwińska. To ona podrzuciła mnie grupie Polek, które pod warunkiem, że każdego dnia będę uczył się kilku słówek angielskiego, zaopiekują się mną i pozwolą towarzyszyć w swojej podróży zostaliśmy uratowani. - opowiada rozemocjonowany Marek.

GALERIA Podróże kulinarne: W objęciach Karpat i Dunaju

Przygoda ta nie zniechęciła dwóch przyjaciół do dalszej podróży. - Jestem wdzięczny, że mnie to spotkało. Dzięki takim doświadczeniom uczymy się pokory, co pozwala nam uniknąć podobnych problemów w przyszłości – tłumaczy Marek.

Po powrocie na stały ląd chłopaki kontynuowali swoją podróż, a kiedy po znojach podróży dotarli do celu, na koniec świata... - Cabo Finisterre jest piękne. Stałem tam, zmęczony, szczęśliwy. Oczekiwałem iluminacji, w końcu dotarłem na koniec świata i wtedy zrozumiałem, że... to nie koniec – uśmiecha się Marek. Tak zaczęły się kolejne piesze wędrówki Marka, a ten wie, że dzięki wysiłkowi jaki wkłada w każdą z nich staje się silniejszy i ma czas by dotrzeć do celu, do samego siebie.

GALERIA Co ma Ślązak na wyciągniecie ręki? Góry, jakich nie znacie

SAMOTNY JEŹDZIEC


Mateusz Widuch, młody pasjonat motocyklowych podróży, organizator festiwalu Art Of Ride. Samotnie przemierzył Mongolię, próbował pokonać nieprzejezdną latem drogę do Vorkuty w Rosji. - Sztuka polega na tym by trafnie dobrać trasę do swojego doświadczenia, a jednocześnie cały czas zdobywać nowe coraz trudniejsze do osiągnięcia miejsca. To rozwija – mówi Mateusz.

Jego ostatnia podróż do Vorkuty, miała być pierwszą, ponieważ nikt wcześniej nie pokonał tej trudnej drogi latem. Gdyby Mateuszowi się udało byłby pierwszym, który dotarł do miasta do którego nie prowadzi żadna droga. Nie udało się, ale nic straconego. - To, że nie udało mi się dotrzeć do Vorkuty tym razem, nie jest porażką. Jest motorem do dalszych podróży. To była misja. Misja rozpoznania terenu i tego, gdzie kończą się moje możliwości. - tłumaczy Mateusz. I choć
Mateusz WiduchBłoto. Zimno. Byłem zmęczony, mdlałem, a jakby tego było mało, w okolicy grasowały niedźwiedzie. Byłem tak wyczerpany, że nawet jedzenia nie byłem w stanie sobie przygotować Mateusz jest silnym i upartym mężczyzną, który konsekwentnie dąży do wyznaczanych przez siebie celów, tym razem musiał zawrócić. Słuchając jego opowieści wiem, że podjął właściwą decyzje, w innym razie moglibyśmy już więcej ze sobą nie rozmawiać. - Trasa była nieprzyzwoicie trudna. Trasa, która nie ma drogi jest wolną amerykanką, jedziesz tam gdzie najłatwiej. Drogę wybierasz intuicyjnie lub wedle wskazówek mieszkańców miejscowości, które przemierzasz po drodze – mówi Mateusz. Ostatni etap okazał się dla samotnie podróżującego Mateusza najtrudniejszy. - Tam nie było już nic. Błoto. Zimno. Byłem zmęczony, mdlałem, a jakby tego było mało, w okolicy grasowały niedźwiedzie. Byłem tak wyczerpany, że nawet jedzenia nie byłem w stanie sobie przygotować – opowiada Mateusz. To był moment, kiedy powiedział sobie dość. Postanowił wrócić do domu. Jednak, jak na prawdziwego pasjonata podróży przystało, nie poddaje się. - Teraz już wiem jak to zrobić za rok. Wiem, jak się do tego przygotować. - mówi Mateusz.

GALERIA Miasto ze snu... koszmaru architektów i planistów

Vorkuta, była dla Mateusza alternatywą, ponieważ przez cały czas przygotowywał się do wyprawy, ale jego celem była Afryka. To jej poświęcił ostatnie kilka miesięcy przygotowań. Niestety niestabilna sytuacja polityczna na północy kontynentu, pokrzyżowała plany, a marzenie o objechaniu Czarnego Lądu na motorach musiało zostać odłożone w czasie. Lecz przygotowania nie mogły pójść na marne – Wybrałem więc Vorkute, kusiła jej (nie)sława i fakt, że nikt wcześniej nie przebył tej drogi latem – tłumaczy – tak jak do Afryki miałem pojechać z kompanem, tak nikt nie zdecydował się towarzyszyć mi w drodze #Marek i Marian w drodze na Cabo Finisterre do Vorkuty, a ja musiałem pojechać – kontynuuje Mateusz. Teraz wie, że następnym razem zabierze ze sobą dwóch podobnych sobie zapaleńców, przygotuje specjalistyczny sprzęt, dobre mapy i dużo czasu. - Wtedy się uda! – uśmiecha się pewny swego Mateusz.

Mateusz wybiera miejsca, które nie są łatwe, z każdą kolejną podróżą jest coraz trudniej, ale i doświadczenie większe. Jego marzeniem jest docierać tam, gdzie nikt wcześniej nie dotarł, lub wybierać taki sposób podróży, którego nikt przed nim nie wybrał. At The Ends Of The World – to jego projekt, dotrzeć na koniec świata. A co będzie, gdy już tam dotrze? Mam nadzieję, że wróci i nam o tym opowie.

GALERIA Galeria z miasta: Kapitan planeta

PROSTO DO DALAJLAMY


Mieczysław „Hajer” Bieniek. Były górnik strzałowy. Wypadek na kopalni zakończył jego górniczą karierę, lecz był także początkiem wielkiej przygody, która trwa do dzisiaj. Przygody podróżnika. Zaczęło się od wyprawy w Beskidy, lecz zamiast w Polskie góry trafił do Delhi. - Krótko po tym jak wyszedłem ze szpitala, okazało się, że jestem niezdolny do dalszego wykonywania zawodu - wspomina Hajer. – Szedłem ulicą, wkurzony jak nigdy. Dostałem wyrok, nie mogę wykonywać zawodu, do którego byłem stworzony. Nagle zobaczyłem plakat “Warszawa-Berlin-Dlehi. Promocja!” Poszedłem do bankomatu, wypłaciłem sporą część pieniędzy, załatwiłem wizę i poleciałem. Nie chcąc straszyć żony, spakowałem mały plecak, bochenek chleba, konserwy i powiedziałem, że jadę w Beskidy. Kiedy po pięciu dniach zadzwoniłem do żony już z zatłoczonej ulicy Delhi, ta wyzwała mnie od najgorszych i prosząc bym przestał pić, kazała wracać do domu. Dopiero jak wytargałem jakiegoś Hindusa i kazałem mu mówić do słuchawki, zona mi uwierzyła. Na początku kompletnie sobie nie radziłem. Szybko straciłem wszystkie pieniądze, spałem na dworcach byłem bliski załamania i kiedy już nie wytrzymałem i rozpłakałem się na jednej ze stacji. Zaczepiła mnie polska alpinistka, Ania Czerwińska. To Hajerowi niejednokrotnie życie uratowało zdjęcie w galowym mundurze górnika. To dzięki niemu dostał się do Dalajlamy, to zdjęcie pozwoliło mu zwiedzać zakazane rejony kiedy wmawiał, straży granicznej Bangladeszu, że jest byłym generałem polskiej armii i właśnie jest na wakacjach ona podrzuciła mnie grupie Polek, które pod warunkiem, że każdego dnia będę uczył się kilku słówek angielskiego, zaopiekują się mną i pozwolą towarzyszyć w swojej podróży. Po kilku tygodniach moje miłe towarzyszki musiały wracać, a ja kontynuowałem swoją podróż już w pojedynkę. Przez następne 4 miesiące zwiedziłem Nepal, tam przeżyłem pierwszą malarię. Całkowicie zapomniałem o tym że trzeba wracać, przypomniałem sobie dopiero jak wiza mi się skończyła i powrót był obligatoryjny - opowiada Hajer. Po 6-ciu miesiącach podróży Mieczysław musiał wracać, choć niechętnie i z niemałym strachem czy jest jeszcze do czego. Jak okazało się na miejscu, było do czego, żona czekała.

Hajer przez ostatnie 12 lat odwiedził 4 kontynenty, zobaczył 104 kraje, a to nie koniec. - Kiedy zaczynam opowiadać o swoich podróżach, zawsze proszę rozmówcę by wybrał kraj lub region świata, o którym chce usłyszeć, wtedy łatwiej wybiera mi się ciekawe historie – uprzedza mnie Hajer, z którym, mimo sporej różnicy wieku, szybko przeszłam na „ty”, gdyż on sam nie lubi sztucznego dystansu jaki narzuca forma per pan.

Przeczytaj także: Nielatający Spodek

Hajer był w wielu miejscach, spotkał mnóstwo ciekawych ludzi, o których stara się pamiętać i uwieczniać na stronach książek, które wydaje. Jednakże, jeden z nich był dla niego bardzo ważny, a rozmowa, choć niedługa, bardzo intymna. - To było w 50. rocznicę moich urodzin. W śląskich rodzinach jest tradycja, że na Abrahama urządza się wielki fajer (sic! Przyjęcie urodzinowe – przyp.red.) albo wyjazd do Rzymu - tłumaczy Hajer. – Ja obiecałem sobie, że z tej okazji pojadę Mieczysław BieniekSzukam najtańszych lotów. Jeśli trafia się taki do Ameryki Południowej to tam lecę. Nie wybieram się tam bo jestem gotowy, to okaże się na miejscu znów do Indii i spotkam się z Dalajlamą – mówi spokojnym głosem, kiedy moje oczy zaczynają osiągać średnice pięciozłotówki. Dalajlama jest osobą, do której nie można się zbliżyć, nie ryzykując kontuzji, której można nabawić się napotykając opór jego osobistych ochroniarzy. Hajerowi się to udało. - Wszyscy pukali się w czoło, gdy im o tym mówiłem, ale ja bardzo tego chciałam. Nie dość, że go spotkałem, to jeszcze odbyłem z nim rozmowę, w której, co prawda nie odpowiedział na moje pytanie, ale wskazał drogę do odpowiedzi – wspomina Mieczysław.

SOLO ACT


Wszyscy trzej podróżnicy przyznają zgodnie, że choć w podróży spotykają wielu dobrych ludzi, czasem dzieląc z nimi krótki odcinek wędrówki, wolą podróżować sami.

Przeczytaj także: Katowickim dworcem chwali się premier. Internauci kpią.

- Nawet jeśli próbujesz sam siebie oszukać to po krótkim czasie dojdziesz do wniosku, że nie warto. Zaczynasz być prawdziwy, jesteś sobą i łatwiej jest Ci do siebie dotrzeć - przyznaje Hajer.

I choć czasem pomoc przyjaciela lub tymczasowego towarzysza podróży jest nieoceniona, to te odcinki, które pokonywali samotnie pozwoliły im uważniej wsłuchać się samych siebie. - Zawsze podróżuję sam bo podróż to intymna sprawa, lecz idąc samemu nigdy nie jesteś sam – wyznaje Marek Chorąży.

GALERIA Knajpa – nie praca, a styl życia

Choć podróżują samotnie nigdy nie są sami. Wierzą w dobrą energię, zawsze starają się ją przekazywać dalej. - Kiedyś będąc w podróży pomagałem jako wolontariusz w ośrodku dla trędowatych – wyznaje Hajer.

Są wdzięczni wszystkim, którzy im pomagają i wiedzą, że dzięki swoim przyjaciołom i przyjaznym nieznajomym nigdy nie będą samotni.

RADY NA WYPADY


Choć podróżowanie, zwłaszcza w tak odległe zakątki, bywa kosztowne, Marek, Mateusz i Hajer

#Mateusz podczas przygotowań do wyprawy udowadniają, że niewiele trzeba by w podróż wyruszyć. Wystarczy pomysł i pasja. - Jeżeli coś robisz to rób to na pełnym gazie. Nie obniżaj lotów. Wykonuj swoją robotę dobrze, tak byś umiał spojrzeć sobie w twarz. O to chodzi - mówi Mateusz, który na swoje podróże zarabia, pracując w Szwecji.

Hajer nigdy nie planuje, gdzie pojedzie. - Szukam najtańszych lotów. Jeśli trafia się taki do Ameryki Południowej to tam lecę. Nie wybieram się tam bo jestem gotowy, to okaże się na miejscu – wyznaje Mieczysław, były górnik.

Najmniejszym kosztem podróżuje Marek, który pieszo doszedł do Hiszpanii, potem przeszedł Polskę i planuje podroż do Norwegii. Chodzi tam, gdzie nogi poniosą, ale nigdy się nie przemęcza. – Nie trenuję przed wyprawą, jako rozgrzewkę traktuję kilka pierwszych dni, potem stopniowo ilość pokonywanych kilometrów dziennie się zwiększa - tłumaczy Marek. Z plecakiem też nie przesadza, maksymalna waga to 9 kilogramów i choć wielu mówi, że to za mało, Marek już wielokrotnie przekonał się, że 9 kg to optymalna waga. – Kiedy idziesz tak długo jak ja, kiedy jesteś w drodze kilka miesięcy, nie sposób nosić na sobie ciężki wór. Pakujesz tylko to, co niezbędne.

Hajerowi niejednokrotnie życie uratowało zdjęcie w galowym mundurze górnika. To dzięki niemu dostał się do Dalajlamy, to zdjęcie pozwoliło mu zwiedzać zakazane rejony kiedy wmawiał, Marek ChorążyNie trenuję przed wyprawą, jako rozgrzewkę traktuję kilka pierwszych dni, potem stopniowo ilość pokonywanych kilometrów dziennie się zwiększa straży granicznej Bangladeszu, że jest byłym generałem polskiej armii i właśnie jest na wakacjach. - W podróż zawsze zabieram zdjęcie, które pozwala mi wmawiać ludziom, że jestem „Very Important Person” - śmieje się były górnik.

Nieocenione w dalekich podróżach okazują się stare polskie banknoty. - W Birmie zapłaciłem nimi łapówkę strażnikom, którzy nie chcieli mnie wpuścić do starej kopalni rubinów – wspomina Hajer. Były górnik zastrzega jednak, że nigdy nie wykorzystuje pieniędzy w handlu z uczciwymi kupcami. Tego nie robi, nigdy.

Mateusz wspomina o innej rzeczy, którą warto mieć, kiedy wybieramy się w daleką podróż. - Każdy z podróżników powinien mieć tak zwany Heart Harbor – czyli kogoś, do kogo ma wracać, dla kogo warto się poświecić i dla kogo warto czasem odpuścić. Bo kiedy wracasz pokonany, musi być ktoś, kto pomoże ci się pozbierać – wyznaje Mateusz. A z bardziej pragmatycznych rzeczy zawsze zabiera ze sobą telefon satelitarny, apteczkę i części zamienne do motoru.

CHCIEĆ TO MÓC


Marek, Mateusz i Mieczysław trzech podróżników, trzech pasjonatów. Ich podróże to dowód na to, że wystarczy marzenie i silna determinacja by je spełnić. - Musisz mieć cel. Jeżeli sobie coś wymarzysz, poświęcisz temu całe życie, całego siebie. Musisz maksymalnie się na tym skupić i ciężko pracować. Jeśli do tego będziesz miał jeszcze odrobinę szczęścia to nie ma bata żeby Ci nie wyszło! - mówi, pełen entuzjazmu, Mateusz.

Kiedy się już w te podróż wybierzemy na pewno odnajdziemy znacznie więcej niż piękne widoki...

„Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa
powtórka świata elementarna podróż
rozmowa z żywiołami pytanie bez odpowiedzi
pakt wymuszony po walce
wielkie pojednanie”